W ciszy

Fot. Andrzej Dziurdzikowski

Niektóre słowa niekiedy pomagają. Milczenie – zawsze.

– Myśmy z Gustawem nigdy nie rozmawiali o śmierci, nigdy – mówiła mi Magdalena Zawadzka po śmierci Gustawa Holoubka. Po utracie męża dużo płakała. Jeździła w góry, tam gdzie wspólnie spędzali wakacje, wchodziła do znanego pokoju, kładła się do łóżka po stronie Gustawa, i to ją koiło, przywracało równowagę.

Rozmowa z panią Magdaleną znalazła się w mojej książce „Możesz odejść, bo cię kocham. O śmierci, pożegnaniach i nowym życiu”. Pisząc książkę, rozmawiając z ludźmi odkrywałam ze zdumieniem, na jak wiele sposobów przeżywamy stratę; w jak nieoczekiwanych cyklach to się wydarza; w jakim zaskakującym rytmie.

Płaczemy. Ale nie tylko ze smutku, czy rozpaczy. Płaczemy ze wzruszenia, miłości, wdzięczności. Jakże często pojawia się spokój i radość – bo oto ukochany już nie cierpi; bo mama wreszcie jest wolna od bólu, szczęśliwa; bo przecież tak bardzo pragnęła wyzwolenia, dotknięcia wieczności. „Chrześcijanin powinien być szczęśliwy” – usłyszałam od jednej z bohaterek książki, – „nawet wtedy, gdy odchodzi ktoś najbliższy, najukochańszy.”

Można przygotowywać się na śmierć, rozmawiać, planować, zarządzać na zaś. Można też tego nie robić. Można żałować straconych chwil. I nie żałować wcale, niczego. Po śmierci dziecka przyjść do pracy nazajutrz po pogrzebie – mailowo zakazać kondolencji. I wręcz przeciwnie: garnąć się do ludzi, łaknąć ich ciepła, chronić się w miłości tych, którzy pozostają przy życiu. Dać sobie czas, wytchnienie, odosobnienie. Tygodniowe. Wielomiesięczne.

Przeżywać skatalogowane przez psychiatrę Elisabeth Kubler-Ross fazy żałoby: szok, niedowierzanie, wściekłość, gniew, żal, targowanie się, pogodzenie. Nie przeżyć ani jednej z tych emocji. Wyć przez miesiąc, leżąc na ziemi. Biegać po polach i krzyczeć. Popaść w odrętwienie. Objadać się. Nic nie jeść. Po pogrzebie męża sprzątać, porządkować rzeczy po nim. Nic nie ruszać przez trzy lata. Ubierać się w jego ubrania.

My towarzyszący bliskim w żałobie nie wiemy, jak się zachować. Nie wiemy, co powiedzieć. Nie rozumiemy, co się dzieje; co ona, on przeżywają, czego potrzebują. Z miłości, troski, ale też z zagubienia, pomieszania, nieświadomej chęci ukojenia własnego niepokoju, dyskomfortu i rozstrojenia mówimy głupstwa: „Bóg tak chciał!”, „Tak mi przykro!”, „Już jest w niebie!”. Albo dopytujemy: „Jak to się stało?” „Czy bardzo cierpiała?”, „A jak ty się masz?” Po pogrzebie doradzamy: idź do ludzi; nic nie rób; zajmij się czymś; wyjedź; zostań; płacz; weź tabletkę.

Komentarze, pytania, rady, słowa, słowa, słowa obciążają, odbierają energię, przygnębiają – tak mówią ci z nas, którzy tego doświadczyli.

Tak trudno uwierzyć, że życie troszczy się o siebie samo – najlepiej wie, co czuć, jak przeżyć, jak reagować, ile czasu potrzeba, czego potrzeba. Że nie trzeba wracać do normy – bo wszystko jest normą. Wszystko jest w porządku.

Obecność bez słów, przyjęcie tego, co jest (bo i tak jest), zgoda, przestrzeń, spokój – skarby ducha, dar najwyższej jakości.