
Dlaczego by nie kochać siebie już teraz? Dlaczego nie odprężyć się w miejscu, w którym już jesteśmy?
– Jakież one piękne, szczupłe, aktywne, pełne życia – myślę słuchając wywiadów z sześćdziesięcio-, siedemdziesięcio- i osiemdziesięcioletnimi modelkami, aktorkami, piosenkarkami, artystkami, podróżniczkami i influenserkami. Odkrywają nowe światy, prą do przodu. Jakież bogactwo historii, zwierzeń, porad, pragnień i aspiracji! Możemy lepiej żyć i te cudowne istoty są niewątpliwie ogromną, nie do przecenienia, inspiracją; motywują, ośmielają, nierzadko wskazują drogę. Możemy garściami czerpać z ich doświadczeń; wzbudzać w sobie marzenia i działać!
Tak bardzo doceniam czasy możliwości, w których żyjemy, niewyobrażalne dla naszych przodkiń.
Nie wątpię w szczerość tych zwierzeń. Beata Pawlikowska mówi dzisiaj, że żyje życie, o jakim zawsze dla siebie marzyła. Gdy dziennikarz pyta ją, jak tego dokonała, odpowiada natychmiast, bez mrugnięcia powieką: „to dzięki śmierci, umierałam tysiące razy!”
Gdy kobiety na spotkaniach z Bogną Sworowską zachwycają się jej figurą, idolka z emfazą wyrzuca z siebie: „ćwiczę codziennie! Jak szalona!”
Uwielbiamy słuchać, gdy fenomenalna Ula Dudziak po raz kolejny przypomina, że po siedemdziesiątce wybudowała swój pierwszy dom, napisała książkę i znalazła sobie chłopaka. Zapominamy jednak, co przeszła wcześniej, ile razy upadała i umierała.
Zjawiskowa Justyna Steczkowska obdarowuje nas swoimi talentami, energią, odwagą, wewnętrznymi zasobami spokoju i mądrości. Pamiętamy jednak, w jak niezwykłym domu Justyna wzrastała, otoczona muzyką i niezłomnymi, kochającymi i troskliwymi rodzicami; ileż miała szczęścia, ile dostała!
Kochajmy nasze idolki – bez wątpienia zasługują na to. Cieszmy się, że są, że podejmują trud, aby opowiadać o sobie. Myślmy o nich, jak najlepiej, życzmy im szczęścia.
Ale przecież jesteśmy inne. Mamy za sobą różne doświadczenia, zasoby i potrzeby, szczególny kapitał początkowy dzieciństwa. Każda z nas dostała w życiu inne karty, inne rozdania. Staramy się najlepiej, jak potrafimy w ramach możliwości, które mamy. Czy to nie wystarczy?
Naprawdę nie musimy wędrować samotnie przez pustynię, grać na pianinie, pocić się na siłowni, tańczyć flamenco, tworzyć artystyczne instalacje, budować dom, pisać książkę, mieć wielbicieli i tysiące obserwujących na instagramie. Niczego nie musimy, to oczywiste.
Jednak uwarunkowany, nawykowy umysł automatycznie porównuje, ocenia, krytykuje i zazdrości. Dlaczego ona może, a ja nie? Dlaczego dla mnie moja sześćdziesiątka jest sześćdziesiątką, a nie czterdziestką? Dlaczego nie mam tyle siły, ile potrzeba? Tyle odwagi, motywacji, chęci. Dlaczego bywam zmęczona, wycofana, bez ambicji? Dlaczego mam już po dziurki w nosie wyznaczania celów na kolejny rok? Dlaczego marzę o spokoju? Litości! Spokój…, cóż to za marzenie!
Podobno uruchamiamy marzenia, wyznaczamy i realizujemy cele, żeby wreszcie poczuć choć odrobinę ulgi i radości, zasłużyć na własną miłość. Dlaczego by nie kochać siebie już teraz? I mimo wszystko. Czyż nie do takiej miłości – bez warunków – prawdziwie tęsknimy? Kto właściwie pragnie naszych ambicji? Dlaczego by nie odprężyć się w miejscu, w którym już jesteśmy?
To właśnie wtedy przychodzi nagroda. Porzucając napięcie naśladowania, stres przymusu poprawiania i zdobywania, docieramy do czegoś głębiej w sobie, do miejsca, w którym jasno widać nasze własne preferencje i pragnienia. Schodzimy sobie z drogi, a wtedy – często nieoczekiwanie – ruszamy z miejsca, powodowane czystą energią życia. Wewnętrzna jasność w sposób naturalny i oczywisty łączy się wówczas z zachwycającymi dokonaniami naszych idolek.
I wreszcie czujemy się prawdziwie zainspirowane, niesione na promieniu światła.