Zmartwychwstanie do zwyczajności

Mieć wpływ i zmieniać świat. Tak, aby – gdy już przyjdzie czas umierać – opuścić go ze świadomością, że dzięki mnie stał się odrobinę lepszy. Wychować dziecko, czyli stworzyć „dobrego człowieka”. Napisać książkę. Nakręcić film. Wymyślić performans. Zostawić po sobie ślad. Słabo mi, gdy to piszę.

Przypominam sobie, jak w podstawówce na wycieczkach pisaliśmy w różnych ważnych i świętych miejscach: „tu byłem! Zdzichu z II b”, „kocham Sławka, Ewka.” I obowiązkowo serce przebite strzałą.

Zaznaczyć swoją wyjątkowość; niech o mnie usłyszą, niech się dowiedzą, kim jestem, co stworzyłam. Wielka Matko, czy to naprawdę konieczne?! A gdyby tak zakwestionować nasze wizje, cele i wymyślone poczucie sensu, nasze przywiązanie do aktywności, stwarzania, rozwoju, realizowania się, doskonalenia i wzrastania. Zwątpić w pomysły i koncepcje. Podważyć je i porzucić. Nie tworzyć żadnego dzieła życia. Nie mieć żadnych spektakularnych osiągnięć. Nie zajmować się samorealizacją. Nie spełniać marzeń. Nie martwić się… o nic. Co by się wtedy stało?

Mogłybyśmy się mocno zdziwić; być może poczułybyśmy wreszcie wolność i ulgę bycia nikim szczególnie ważnym. Być może pokochałybyśmy prostotę i zwyczajność, i zwyczajnie, po prostu robiłybyśmy to, co akurat jest do zrobienia. Odkryłybyśmy siłę w nas, która jest niewyobrażalnie większa od naszych poglądów i idei, jak to powinno być, jak życie powinno wyglądać.

A wtedy – nieoczekiwanie, – ekspresja wyjątkowości i piękna mogłaby nas oczarować i przemienić.