
Pieczenie ciasta jest jak dowód na istnienie; na to, że wciąż możemy tworzyć, troszczyć się i kochać.
Mój ulubiony artysta Maciej Wojtyszko jakiś czas temu stworzył – napisał i wyreżyserował – spektakl „Księgi sprośności”, o spotkaniu w Paryżu Aleksandra Fredry i Adama Mickiewicza. Poznajemy także żony pisarzy. Trzydziestokilkuletnia Celina Mickiewiczowa, z domu Szymanowska, jest już wówczas chora, owładnięta lękami, osłabiona, także pobytami w oddziałach zamkniętych paryskich szpitali. Zofię Fredrową, z domu księżnę Jabłonowską, poznajemy jako uosobienie kobiecej siły i dojrzałości; twórcza, błyskotliwa, bezkompromisowa, z humorem zdystansowana do siebie i świata, matka dwójki dorosłych, utalentowanych dzieci.
Spotykają się u Fredrów – cierpiąca Celina wydaje się uzależniona od męża jak dziecko. Zofia opowiada o swoim szczęśliwym – pięknym, jak mówi (dziś powiedzielibyśmy partnerskim), związku z Fredrą. Celina budzi nasze współczucie, Zofia podziw.
Biedna – mówi potem księżna o Celinie. Bo gdy słucha jej opowieści o życiu (panowie w drugim pokoju palą tytuń), jakiego doświadcza z naszym narodowym wieszczem, o nieustającym duchowym doskonaleniu się, odmawianiu modlitw i koronek do ducha świętego, o życiu pod jednym dachem z kochanką męża i ich dzieckiem, księżna delikatnie przerywa, pochyla się w stronę Celiny, dotyka dłonią jej roztrzęsionych rąk i pyta, czy ta hoduje kwiaty. Nieśmiałe wątpliwości Celiny, czy mogłaby, czy potrafiłaby, księżna kwituje stanowczym „ to prawdziwy ratunek i ukojenie!”. I to nic prostszego: kupujemy doniczkę, ziemię, wkładamy roślinę, podlewamy i patrzymy jak rośnie. „Dam ci dobrą radę, przyjaciółko, zacznij hodować kwiaty, choćby na próbę! Ja bym tu w Paryżu bez nich nie wytrzymała!”
Spotkanie Mickiewiczów i Fredrów jest burzliwe – wiele tu wątków osobistych i narodowych. Motyw „kwiatowy” to jeden z wielu, jednak dla Celiny najważniejszy. Gdy ogląda kolekcję doniczkowych kwiatów księżnej, maska kobiety cierpiącej spada. Wyraźnie rozpromienia się na widok „ślicznych różyczek”, a gdy księżna obdarowuje ją donicą z fiołkami „na dobry początek”, pada jej w ramiona z wdzięczności. „Sadźmy fiołki, przyjaciółko!” Celina zapewnia: „O tak! Ogromnej ochoty nabrałam!”
Zainspirowana mądrą i piękną księżną (w tej roli niezrównana Danuta Stenka), myślę o tym, czym my, współczesne kobiety, ratujemy siebie, innych i świat. Sadzimy kwiaty, róże, fiołki, zioła, nie tylko w ogrodach, także na balkonach i osiedlowych rabatkach – to na pewno. Ale przecież – ciasto! Pieczemy ciasta.
Pieczenie ciasta jest jak układanie miłosnego poematu. I jak dowód na istnienie; na to, że wciąż możemy tworzyć, troszczyć się i kochać.
Domowym ciastem wita mnie ulubiona ciotka, najdroższa przyjaciółka, sąsiadka. Fartuch, piec, zagniatanie, formowanie, pieczenie. I znów w domu, w centrum życia; ciepło, esencjonalnie. Wyczekiwanie aż wyrośnie, zarumieni się, przestygnie. Niemal niezauważalne potwierdzenie, gdzie w istocie jesteśmy.
W baśniach główna bohaterka, znużona i wyczerpana podróżą odpoczywa w domu Babci, Pani Zimy, Staruchy, Wiedźmy, Zielarki – Pramatki. Grzeje się przy piecu, śpi, otoczona czujną, troskliwą obecnością. I – jakże często – zasiada do stołu zasłanego wykrochmalonym obrusem, z paterami pełnymi ciast, ciasteczek, legumin i innych smakołyków. Karmi zmęczenie. Nabiera sił. Odradza się.
Karmimy siebie nawzajem. Jakież to znamienne, że tyle wzniosłych idei, pomysłów, strategii, opinii, mód przeminęło i wciąż przemija, a karmienie wydaje się wieczne i niezniszczalne. Trwa w nas i nie przemija. Już nawet dietetycy radzą: nie kupujcie słodyczy, zjedzcie kawałek domowego ciasta!
Sadźmy róże i pieczmy ciasta, przyjaciółki! Księżna Jabłonowska chyba ciast nie piekła, za to po mistrzowsku afirmowała życie. Ufam, że ucieszyłaby się z tej inspiracji jej przenikliwością.
Muszę kończyć, bo mi się ciasto spali 🙂