Nic nie mówcie, dobrze?

Umysł natychmiast tworzy osądy, interpretacje, wrogość i oddzielenie, a my mu ufamy, bierzemy za „prawdę”, a nawet czujemy się zobowiązane, aby te rewelacyjne prawdy „wyrażać.”

„Świnka Piggy”, „hipochondryczka”, „leń”, „symulantka”, „wariatka” – słyszą kobiety z chorobami autoimmunologicznymi. W przejmującym reportażu Marty Piątkowskiej w „Wysokich obcasach” sprzed kilku tygodni, poznajemy świat tych kobiet. Opowiadają o obezwładniającym bólu, który trudno sobie wyobrazić, gdy jest się zdrowym. O takim bólu, od którego traci się przytomność, a nawet marzy o śmierci. Zdarzają się rzuty choroby, kiedy poziom cierpienia jest porównywalny do tego, który przeżywają pacjenci onkologiczni w ostatniej fazie choroby, czyli „nie do wytrzymania”.

Na choroby autoimmunologiczne cierpi w Polsce około miliona osób, w tym głównie kobiety. Ich przyczyna nie jest znana.

Cisza wypłukuje ból

Ileż tego jest w naszych głowach, w naszej psychice! Tych „leniwych”, „niepozbieranych”, „okropnych bab”, „wrednych”, „głupich” i „rozlazłych”. Umysł natychmiast tworzy osądy, interpretacje, wrogość i oddzielenie, a my mu ufamy, bierzemy za „prawdę”, a nawet czujemy się zobowiązane, aby te rewelacyjne prawdy „wyrażać.” Tyle wiemy już o projekcjach (nienawidzę w tobie tego, czego nie chcę widzieć w sobie), o funkcjonowaniu umysłu (który z natury produkuje myśli krytyczne, osądzające, wrogie i oddzielające od życia), a jednak wciąż dajemy się złapać w pułapkę i lgniemy do krzywdzących etykietek, skazując siebie i innych na cierpienie.

Przypomina mi się spotkanie z neuropsychologiem Rickiem Hansonem (autorem m.in. „Mózgu Buddy”), który mówił, że w naszej psychice mieszka odwieczna niszcząca siła, i mamy do niej bardzo łatwy dostęp. Ta siła odrzuca innych, skupia się na oddzieleniu, szuka różnic, własnej wyższości i racji, jest zbudowana z lęku i niepewności. Ufa złudzeniu, że tylko w ten sposób – wrogością i agresją, także słowną, – jest w stanie przetrwać: „przetrwam, gdy zniszczę innych.” To iluzja, ponieważ niszcząc innych, niszczymy także siebie, niszczymy życie. Na głębszym poziomie wszyscy jesteśmy jednym życiem, więc zawsze dajemy tylko sobie.

Wiele lat temu rozmawiałam z nauczycielką zen Sunją Kjolhede. Opowiadała, że gdy w młodości zaczynała praktykę medytacyjną pod okiem swojego mistrza, pierwszym doświadczeniem było… wymiotowanie. Uświadomiła sobie pokłady pogardy, które żywiła dla siebie, dla innych i dla świata, i to nią wstrząsnęło. Medytacyjna cisza wypłukiwała ten ból na swój własny sposób.

Bolesne „lenistwo”

Ból jest najczęściej do zniesienia, dopóki nie zamieni się w cierpienie. Cierpimy wtedy, gdy jesteśmy w bólu sami. Rozrasta się do niebywałych rozmiarów, gdy uświadamiamy sobie, że inni, także bliscy traktują ból jako naszą wygodną wymówkę, lenistwo czy fanaberię.

Pamiętam prośbę jednej z takich chorych osób, wyrażoną spokojnie i miękko na spotkaniu w gronie rodziny i przyjaciół:

– Jeśli nie możecie nic zrobić, nie róbcie, odejdźcie i zajmijcie się własnym życiem. Nie musicie współczuć. Nie musicie pomagać. Tylko – proszę – powstrzymajcie się od komentarzy. Nic nie mówcie, dobrze?

Paulina

W tych opowieściach jest wszystko – mordęga, padanie na twarz, uniesienia, wglądy, szczęście i spokój. I złota nić biegnąca przez całość – „było warto, jest dobrze!”

Kocham Paulinę Młynarską – za jej mądrość, pokorę, poczucie humoru, odwagę. Przeczytałam, a raczej pochłonęłam, trzy z jej książek i już wiem, że przeczytam kolejne. Paulina o kobietach wie bardzo wiele. Wie o naszych uwikłaniach w miłosnych relacjach, o pułapkach, w które wpadamy nie kochając siebie i nie troszcząc się o siebie. Wiele wie o mężczyznach – cztery razy wychodziła za mąż i tyle samo razy się rozwodziła. Zna samotne macierzyństwo i walkę o przetrwanie. Zna współuzależnienie. Wie, co to znaczy wyjść z dysfunkcyjnej rodziny, a potem latami mierzyć się z depresją i słaniając się na nogach, stawiać się na spotkania z terapeutami. Opowiada o sobie bez znieczulenia.

Pokazuje, jak dbać o siebie, nie poddawać się i zwyciężać. Jak stać po swojej stronie. Na mocnych nogach. Mocno na ziemi.

Miała ciężko, intensywnie, a czasami bardzo niebezpiecznie. Dzisiaj podziwiam kobietę dojrzałą, która „zna życie”, jest niezależna finansowo i emocjonalnie. Godny podziwu zdrowy rozsądek i krytycyzm swobodnie i naturalnie łączy z pozytywnym nastawieniem. Fantastyczny, żywiołowy, wspierający kobiety feminizm z bezwzględną oceną naszego lenistwa pod hasłem „jakoś to będzie”. Angażuje się w sprawy kobiet, bo przecież wciąż żyjemy w świecie i w kraju, gdzie prawa kobiet są łamane bezwzględnie.

Budzi nas ze snu niemocy, martwoty i uzależnień. Jest NOWĄ KOBIETĄ. Wytycza drogę, przeciera szlaki. Jakie to szczęście, że nie wyemigrowała na dobre (dwa razy była na emigracji we Francji), że wróciła, że mamy ją tutaj w Polsce.

Paulina, nasze kobiece, narodowe dobro.

Paulina Młynarska „Jeszcze czego!” Prószyński i S-ka
Paulina Młynarska „Na błędach!” Prószyński i S-ka
Paulina Młynarska, Dotota Wellman „Kalendarzyk niemałżeński”, Znak

Kartoflanka musi być!

Zupa ugotowana o świcie nakarmi nasze szalone umysły.

Anna Ciesielska, propagatorka kuchni pięciu przemian i sezonowego jedzenia, w swojej książce „Filozofia zdrowia” pisze o mocy… kartoflanki. Gotowanie kartoflanki to najszybsze, organiczne połączenie z kobiecą duchowością, karmieniem, troską i miłością.

Sprawdzam i potwierdzam: kartoflanka koi, sprowadza sprawy na ziemię do ich właściwego wymiaru, zakotwicza w ciele, łączy, wzmacnia i ożywia.

Szczególnie ta gotowana rano, w skupieniu, zanim wstanie dzień. Gotowana według pięciu przemian, bo wtedy można poczarować. Po każdej przemianie, czyli po włożeniu do garnka odpowiednich warzyw i przypraw mieszamy w prawo drewnianą łychą dziewięć razy, powtarzając dobre życzenia dla wszystkich, dla ludzi, zwierząt i dla świata. Na przykład takie: abyśmy wszyscy byli wolni i szczęśliwi, abyśmy byli otoczeni przyjaciółmi, aby spotykało nas tylko dobro. Dobre słowa płynące z dobrych intencji nie giną, mają znaczenie, ponieważ w polu kwantowym łączą się z polami morficznymi scalającymi wszystko i dającymi życie. Ponieważ wszystko jest ze sobą połączone, każda wspierająca myśl wzmacnia przede wszystkim nas samych. I to zanim wstanie dzień!

Dokładanie do garnka, stojącego na ogniu, kolorowych warzyw i przypraw z intencją karmienia nas wszystkich jest jak medytacja. To najprawdziwsza alchemia – z surowych produktów powstaje zupa, alchemiczne złoto, która wzmacnia ciało i ducha, czyli wzmacnia życie.

Kartoflanka (i każda ugotowana w ten sposób zupa) karmi głodne duchy w nas. W tradycji buddyjskiej znana jest medytacja, która polega na „karmieniu własnych demonów” nektarem miłości, aby poczuły się wreszcie syte i szczęśliwe. Polskie demony – jak się przekonałam – kochają kartoflankę! Mieszamy więc i czarujemy: oby moje demony złości, pretensji, żalu, oporu i wszelkich szaleństw umysłu, nasyciły się i uspokoiły. Oby, oby, oby! I – rzeczywiście – coś wewnątrz staje się nakarmione i zadowolone.

Częstujemy kartoflanką każdego, kto chciałby spróbować.

Nikt nie odmawia, nawet jeśli nie jest głodny. Wygląda na to, że kartoflanka sprowadza na ziemię i łączy z niebem w doskonałej harmonii istnienia. Kilka warzyw, kilka przypraw, ogień, woda, dobre życzenia, czterdzieści minut skupienia. Maleńkie działanie, które czyni różnicę.